wywiad z Magdaleną Grobelną przeprowadziła Zośka Reznik

___

ZR: Uzdrawianie za pomocą znaków nie tylko nie mieści się w zachodniej koncepcji medycyny, ale w ogóle wymyka się racjonalnemu umysłowi. Co oczywiście nie oznacza, że takie leczenie nie jest możliwe. To tylko metafora czy interesuje Cię taki proces w praktyce?

MG: Według mnie choroba zaczyna się w duszy i wiem, że słowo dusza to ciężki kaliber [uśmiech]. Choroba ma swoje źródło w ranie, która ma swój początek w „braku” – w tym, że ciągle czujemy się niepełni, niekompletni, głodni. Brak nam akceptacji dla otaczającego nas świata i dla obrazu nas samych w świecie. Często wyobrażenia pochodzące z owego „braku” wkładamy w oczy innych i poprzez nie oceniamy siebie i świat… Tak mi się zdaje, bo ja, niestety, często tak mam. Zadajemy sobie w ten sposób głębokie rany, które stają się przeszkodami, blokadami w ciele, przez które z czasem coraz trudniej jest nam przeskakiwać. Aż w końcu już nie można ich przeskoczyć i zaczyna się choroba, czyli ukryty znak naszej słabości, strachu i oddzielenia od samych siebie.
Bardzo interesuje mnie w praktyce proces uzdrawiania, oczywiście przede wszystkim siebie samej [śmiech]. Opowiedzenie o moim procesie wchodzenia w podróż do znaku nie jest łatwe… Najtrudniejszy jest dla mnie początek – wejście w głęboki kontakt z samą sobą to już wielki sukces i wymaga w moim przypadku sporo czasu, ciszy i przestrzeni… Głowa musi przestać gadać! Czasami zajmuje to wręcz całe tygodnie, bo wciąż „nie ma czasu” albo jest jakiś pretekst, by się sobą nie zajmować. Kiedy jednak głowa się ucisza, wtedy jest dobrze i mogę spokojnie oddać się znakom. Działam wtedy bez planu, a w samym wejściu w ten proces pomagają mi techniki relaksacyjne, techniki pracy z ciałem, muzyka, przyroda, zapachy.

Kiedy podjęłaś pracę nad tym cyklem, punktem wyjścia były dla Ciebie cztery żywioły. Taki wybór zdaje się wskazywać, że poszukiwane przez Ciebie uzdrowienie ma się odbyć na bardzo fizycznym, materialnym poziomie. Jednak w ostatecznych realizacjach nie ma po nich żadnego śladu – porzuciłaś ten pomysł czy może dokonałaś jakiejś alchemicznej transformacji? Może mamy w tej wystawie do czynienia z jakimiś „nadżywiołami”?

To prawda. Porzuciłam żywioły, bo okazało się, że mnie blokowały – zauważyłam, że praca nad znakami stała się obarczona informacjami, którymi karmił się mój umysł. A ja chciałam zaangażować całą siebie, nie tylko swoją głowę, a właściwie głowę najmniej. Sama myśl o nich mnie usztywniała. Ale może jeszcze wrócą…

Prezentujesz swoje prace w dość szczególnej przestrzeni – w piwnicy Brzucha, czyli tak zwanym Podbrzuszu. Zgodnie z pewną zapowiedzią w nazwie, można tu podglądnąć sztukę wywiedzioną z różnorakich intuicji i przeczuć, dzikich żądz albo nerwic. Co skłoniło Cię do takiego wyboru i jak się tu odnajdujesz?

Właśnie dokładnie to mnie skłoniło – to miejsce idealne na moje znaki, które pochodzą z intuicji, przeczuć, dzikich żądz, choroby i zdrowia… ze światła i ciemności.

Niedawno wróciłaś z kilkumiesięcznego pobytu w Szwajcarii, gdzie znajduje się najsłynniejsze w Europie sanatorium, czyli Davos. Wiem, że ten wyjazd wiąże się dla Ciebie z pewnym przewartościowaniem w sferze, nazwijmy to, osobisto-społecznej.

Nie wdając się w szczegóły, ten wyjazd pozwolił mi zobaczyć, z czego czerpię siłę, a co mi ją odbiera. Poprzez całkowity reset dał mi większy dostęp do samej siebie i przez ułamek sekundy się zobaczyłam. A to bardzo dużo.

Można spotkać się z takimi opiniami o Wrocławiu, że życie płynie tu przyjemnie leniwym rytmem, ale zarazem panuje tu dość malaryczna atmosfera. Pozwolę sobie zapytać wprost – czy czujesz się tu chora?

Czułam się tu chora przed wyjazdem do Szwajcarii, a teraz czuję, że mogę być zdrowa wszędzie. Lubię tempo Wrocławia, ale dobrze jest też z niego wyjechać. Co praktykuję ostatnio częściej.

Czy za pomocą znaków i dźwięków można też uleczyć przestrzeń? Od trzech lat prowadzisz Chór tu, czyli grupowe śpiewy samogłoskowe w pustostanach. Słyszałam o ich dobroczynnym wpływie na psychikę i ludzki organizm, ale czy można za ich pomocą dokonać rewitalizacji?

O tak! Na samą myśl o moim chórze czuję się zdrowsza! W czasie każdej naszej sesji następuje spotkanie z przestrzenią – następuje to poprzez otwarcie gardła i wibracje, które towarzyszą śpiewowi. Przestrzeń zostaje wprawiona w ruch za pomocą mikrodrgań i wówczas zachodzi zmiana. Taka zmiana zachodzi bezustannie, w każdej sekundzie, w każdym zakątku Ziemi i w naszych ciałach.
Ona może być uzdrawiająca i moim zdaniem jest. Nawet, jeśli wydaje nam się, że w jakiejś sytuacji nie ma nadziei i jesteśmy niemal całkiem bezsilni… Dobrze jest wtedy pamiętać, że nie musimy nad wszystkim panować i zawsze mieć kontroli. Nie musimy wiedzieć zawsze, co będzie dalej i co mamy powiedzieć. System edukacji uczy nas tego, że musimy… a to nieprawda.
Dlatego też projekt Chóru jest dla mnie leczeniem przestrzeni wewnętrznej poprzez działanie zewnętrzne, bez większego planu i celu. Jedynym planem i celem jest śpiewanie samogłosek w przestrzeniach, które wydają się być niepotrzebne. My sprawiamy, że są potrzebne. Choćby na chwilę.

Czy interesuje Cię terapeutyczna funkcja sztuki? Bo ja odnoszę wrażenie, że współczesny artysta często spełnia – albo chce spełniać – rolę szamana dla określonej zbiorowości. Co sądzisz o takich działaniach w sferze publicznej, jak na przykład Dotleniacz Joanny Rajkowskiej czy Tęcza Julity Wójcik – przynoszą trwały efekt, czy są tylko obsesyjnym zdrapywaniem strupka?

Ja mam w ogóle problem z tym, co sztuką jest, a co nie jest. Albo inaczej – co się sztuką nazywa, a czego nie. Moim zdaniem każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie, ponieważ uogólnianie jest w przypadku rozmowy o sztuce dużą stratą. Niektórzy artyści pewnie chcą być szamanami, niektórzy nie-artyści też chcą. Sztuka pełni każdą z wymienionych przez Ciebie funkcji i pewnie jeszcze więcej innych i to jest wspaniałe, że sztuka tworzy sobie nowe obszary, a z znika z tych, w których już zrobiła, co mogła. W zależności od potrzeby, od chwili. Teraz to faktycznie zabrzmiało, jakby artysta wypożyczał siebie sztuce… Może tak jest, może tak bywa…

Wrocław zna Cię z niebywałej wszechstronności i aktywności: jesteś matką-założycielką kawiarni Kalaczakra, inicjatorką ekologiczno-muzycznego projektu Dźwięki z odzysku, współtworzyłaś również Wielobranżową Spółdzielnię Socjalną „Gniazdko” i próbowałaś sił w polityce jako Romantyczna Aktywistka, przez moment robiłaś też warsztaty twórczej ekspresji i jogi o nazwie Ua, a od trzech lat prowadzisz wspomniany już Chór tu. Postrzegam Twoją ruchliwość jako nieustanną ewolucję i przemieszczanie się twórczego ducha. Szukasz „swojego miejsca” albo jakiegoś rodzaju oświecenia? A może już go doznałaś, bo przecież wątpię, żeby uczyli Cię tego wszystkiego na wrocławskiej ASP.

[Śmiech] No tak, faktycznie jestem, powiedziałabym, nawet nadaktywna. Tak to jest, że wszystko mnie interesuje. Czuję też, że wszystko mnie dotyczy – że jest w jakimś sensie o mnie i do mnie. Żyję w świecie, w którym mam łatwy dostęp do wielu tematów i źródeł, więc korzystam z okazji by dotknąć, poznać, doświadczyć. Mam szczęście, że żyję w takich czasach. Mam wybór, mam głos.
A szukam przede wszystkim spokoju i harmonii, a czasem też szukam guza. Moje aktywności to drogi dojścia do tego, czego szukam w danym momencie. Te drogi przybierają różne formy – moje projekty to komentarze, mój dialog z tym, co aktualne.

Jesteś związana z Obornikami Śląskimi, które wraz w odkryciem tam w 1835 roku źródeł wody mineralnej stopniowo przekształciły się w uzdrowisko. Swój obecny urok miasto zawdzięcza właśnie poniemieckiemu zespołowi sanatoryjnemu, zabytkowym willom i historycznemu parkowi zdrojowemu, które od przełomu XIX i XX wieku służyły chorym na płuca, cukrzycę a także na melancholię. Jak postrzegasz to miasto?

Patrzę na Oborniki z dużym sentymentem, to moje źródło. Cieszę się, że jestem z Obornik, choć urodziłam się we Wrocławiu [uśmiech].

W obrazach, które pokazujesz na najnowszej wystawie, można zaobserwować fantastyczną przemianę – rozpoczęłaś poszukiwanie swoich znaków od wymyślonych, zgeometryzowanych kształtów, które stopniowo rozpuszczały się i ustępowały miejsca formom bardziej organicznym. Odnoszę wrażenie, jakbyś wyzwoliła swoją wyobraźnię i czucie z obciążających je nawyków myślowych i przesunęła artystyczny punkt ciężkości z głowy w głąb ciała. Do czego dotarłaś i czy można mówić w tym przypadku o „kobiecej” metodzie tworzenia?

Bardzo ładnie to opisałaś, właśnie tak to czuję. Chyba mogę powiedzieć, że dotarłam do znaku, do początku, do siebie. Wiem, że to wszystko brzmi bardzo ogólnie i niewiele mówi, ale chyba właśnie chcę, żeby tak było – nie chcę mieszać w to słów. Tak na prawdę moje spotkanie ze znakami zaczęło się wiele lat temu, jeszcze na studiach. Wtedy intuicyjnie odkryłam swoją metodę dojścia do znaku. Teraz po latach do nich wróciłam, bo są mi znowu potrzebne. Ja nie wiem czy to jest kobieca metoda tworzenia. To jest moja metoda, a ja jestem kobietą, więc może coś w tym jest.

___

Wrocław, czerwiec 2014 r.

___

Magdalena Grobelna

absolwentka Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Graficzka, animatorka, kuratorka, aktywistka. Ma na swoim koncie ma wiele projektów m.in. Dźwięki z Odzysku, Chór Tu, Magga Studio.

___

Zośka Reznik

doktorantka na historii sztuki UWr, gdzie zajmuje się problematyką płci w sztuce na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Krzewi kulturę we współpracy z lokalnymi instytucjami i podmiotami ekonomii społecznej.

___

Rozmowa przeprowadzona w związku z wystawą Magdaleny Grobelnej Znaki uzdrawiające, która odbywa się w Podbrzuszu w ramach cyklu Głębokie czucie w dniach 21.6 – 31.8.2014 r.

___

Opublikowana w internetowym wydaniu „Magazynu Sztuki” – magazynsztuki.eu/index.php/rozmowy/208-glowa-musi-przestac-gadac.